Nergal - BLOG

O autorze ↓

Lucyfer nad Londynem

Nie mogłem sobie odmówić. Woland i jego świta nawiedziła Londyn, więc szybko spakowałem swój podróżny „fun pack”: magiczną kulę, różdżkę oraz odwrócony krzyż i wzbiłem się podniebnym sokołem (czyt. Wizzair) w sine niebo nad Gdańskiem.

Kilka godzin później, w towarzystwie przyjaciół, zasiadłem w londyńskim Barbakanie, nerwowo przebierając kopytami i odliczając minuty do rozpoczęcia spektaklu - teatralnej adaptacji jednej z moich absolutnie ukochanych książek. Mając wciąż w pamięci doskonałą powieść Bułhakowa, a także jej fantastyczną rosyjską filmową wersje, czekałem na prawdziwe trzęsienie ziemi.

Ponad trzy godziny spektaklu w reżyserii Simona McBurneya minęły jak kilka minut. Było intensywnie i dynamicznie. Kilkoma prostymi elementami scenicznymi (parę krzeseł, stół, budka telefoniczna) udało się w bogaty sposób namalować obraz starej Moskwy i wiernie oddać treść książki.

Podobała mi się świeżość interpretacji, nie obyło się bowiem bez licznych nawiązań do czasów współczesnych, popkultury i mediów. Wielowymiarowości przedstawieniu dodawały fantastyczne efekty świetlne (zjawiskowe były projekcje tarzających się na podłodze aktorów, których ruchy rzutnik przenosił na wielką ścianę teatru – dzięki temu prostemu zabiegowi aktorzy mogli latać i wspinać się po murach budynków).

Aktorów dobrano genialnie. Woland był dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałem. Rosły gentleman, przyodziany w płaszcz. W kaszkiecie i ciemnych okularach oraz z charakterystyczną laską przy boku do złudzenia przypominał Maćka Maleńczuka (który zresztą kilka lat temu sam wcielił się w podobną rolę w polskiej wersji teatralnej powieści Bułhakowa).

Największą sympatię budził oczywiście Behemoth (kogoś to dziwi?), kot ludzkich rozmiarów, któremu autor scenariusza dopisał zresztą kilka „moralnie wątpliwych” scen, powodując tym samym prawdziwe salwy śmiechu na widowni.

Na szczęście większych zmian nie wprowadzono. Po raz kolejny diabelska wataha wywróciła do góry nogami stolicę Rosji i – jak zwykle – uszło jej to płazem.
Tu mała refleksja.
Nie mogę się nadziwić, jak to możliwe, że – chociaż żyjemy ponoć w na wskroś katolickim kraju - ulubioną książką Polaków jest właśnie „Mistrz i Małgorzata” a nie np. Biblia. Niezbadane są wyroki... no właśnie, czyje?

Zastanawiając się nad tym upolowałem jeszcze na stoisku z pamiątkami piękne ilustrowane wydanie Mistrza i Małgorzaty. Tam, gdzie król zasiada sam, spotkałem też samego Williama Dafoe (!).
Z teatru wyszedłem oszołomiony. Długo jeszcze spektakl wirował mi w głowie. Byłem pod ogromnym wrażeniem, ale pamiętajcie, mówię to nie jako fan teatru, ale jako fan sztuk ciemnych. Amen.

Trwa ładowanie komentarzy...